Możecie nie kojarzyć Łukasza Kępińskiego. Ja też nie kojarzyłem, dopóki kilkanaście godzin temu nie poznałem jego nowego projektu – aplikacji YOSO, czyli oryginalnego podejścia do robienia zdjęć smartfonem. Na czym polega YOSO? Nic prostszego.

Wystarczy, że zainstalujecie aplikację na telefonie, wybierzecie odpowiedni format filmu (tak jak na starych aparatach!), wśród którego znajduje się możliwość zrobienia 12, 24 lub 36 zdjęć… i już. Potem tylko wystarczy zdecydować się czy chcemy zdjęcia w czerni i bieli czy kolorze. YOSO pozwala pstrykać w „magiczny sposób”, bowiem po zrobieniu zdjęcia nie zobaczycie go na ekranie do tego momentu, w którym nie skończy się wirtualna rolka wybrana na początku. Na końcu pozostaje już tylko zapłacić i… czekać na album z wydrukowanymi zdjęciami oraz akcesoriami pozwalającymi zabrać je gdziekolwiek chcecie: do biura, domku letniskowego czy po prostu do przyczepienia magnesem na najbliższą lodówkę.

Pomysł Łukasza od razu przypadł mi do gustu bowiem sam swego czasu pstrykałem naprawdę sporo fotek smartfonem i wybierałem tylko część zdjęć z całego, potężnego arsenału, który lądował w śmieciach na zawsze. Obejrzałem więc, jak dokładnie działa YOSO, trochę poczytałem i stwierdziłem, że po prostu pogadam ze wspomnianym twórcą tej całej, analogowo-cyfrowej koncepcji.

Zawsze się zastanawiam, co jest bodźcem w przypadku takich pomysłów, jak Wasz. Nie powiem, bardzo podoba mi się ta idea, jaką niesie za sobą YOSO oraz cały plan na biznes. Gdzie leżał ten punkt zwrotny? Wiesz, moment, w którym tak naprawdę ta cała koncepcja została wymyślona? Nie uwierzę, że pierwotny zamysł powstawał gdzieś przy stoliku podczas burzliwych, wielogodzinnych dyskusji.

Częściowo musisz uwierzyć. Pomysł powstał przy stoliku. Ale rzeczywiście nie były to wielogodzinne dyskusje. Siedziałem z Klaudyną(współzałożycielka) na ogródku jednej z kawiarni przy Krakowskim Przedmieściu i obserwowaliśmy turystów, którzy robili po kilkanaście ujęć pomnikowi Mickiewicza. Zaczęliśmy trochę z nich drwić, że zamiast oglądać miasto i chłonąć atmosferę to patrzą na otaczającą ich okolicę przez ekran smartfona. Przestaliśmy się śmiać gdy zerknęliśmy w nasze telefony. Na swoim miałem ponad 3000 zdjęć, o których w większości zapomniałem. Po prostu nigdy ich wcześniej, po zrobieniu, nie oglądałem. Ta sytuacja była bodźcem do naszych dalszych przemyśleń i rozmów. Po co robimy tyle zdjęć? Czemu te zdjęcia służą? Dlaczego podczas koncertów, czy wydarzeń zamiast po prostu być obecnym, zajmujemy się pstrykaniem. Podczas kolejnych rozmów zaczęliśmy szukać rozwiązania. A co gdyby narzucić ludziom ograniczenie ale i dać im przy tym trochę radości? Tak powstała koncepcja.

Zaprosiliśmy do naszego zespołu Janka, którego miałem przyjemność poznać podczas Startup Weekendu. To był mój pierwszy wybór, Jan jest specem od aplikacji iOS, wiedziałem, że od tego trzeba zacząć, ale o tym później. Zaczęliśmy wstępne dyskusje o wyglądzie i funkcjonalności aplikacji. Jednak pierwszy etap to zbieranie opinii i informacji zwrotnych z rynku. Nikt nie zabroni Ci zrobić czegokolwiek, szczególnie jeśli masz pieniądze, ale jednak to jest biznes, więc musieliśmy zadać sobie pytanie, dla kogo ma być nasz pomysł, jak mamy na tym zarabiać, czy to w ogóle będzie odpowiadało na potrzeby i problemy użytkowników? Zaczęliśmy pytać i obserwować. Równolegle rozwijaliśmy naszą aplikację.

Dużym przyśpieszeniem dla projektu stał się program akceleracyjny Buildit z Estonii. Zostaliśmy do niego zaproszeni co stanowiło dla nas wielkie wyróżnienie (osiem zaproszonych zespołów i kilkanaście zgłoszeń na jedno miejsce). Spędziłem półtora miesiąca w uroczej estońskiej miejscowości Tartu. Podczas tego wyjazdu odbyliśmy ponad 25 spotkań z mentorami, ale co ważniejsze był to okres podczas którego zebraliśmy feedback od ponad tysiąca osób (ankiety, pytania na forach, rozmowy w pubach, podczas konferencji itp.) Okazało się, że ludzie tęsknią za drukowanymi zdjęciami. Nie chodziło im o zakładanie kliszy, a bardziej to namacalne przeżywanie na nowo wspomnień. Zwróć uwagę ilu nastolatków korzysta z Fuji Instax. Oni w życiu nie założyli filmu, który my znamy, a mimo to czują jakoś, że zdjęcia wyświetlane na ekranie smartfona czy komputera to za mało. Brakuje tam magii. Po zebraniu tych wszystkich opinii i uwag, po odbyciu rozmów i godzinach obserwacji i przeczesywaniu internetu gdzie znaleźliśmy setki artykułów i wpisów wyrażających tęsknotę za drukowanymi zdjęciami i złość na cyfrowe szaleństwo, postanowiliśmy – startujemy.

Podejrzewam, że robisz zdjęcia do tej pory. Analog jest tym „pierwszym wyborem” czy może jednak lustrzanka, cyfrówka, a na końcu smartfon? Pytam dlatego, że wskrzeszając za pomocą YOSO klasyczne analogówki, zgrabnie udało Wam się to połączyć właśnie z telefonem: sprzętem, który przecież mamy codziennie przy sobie – praktycznie w każdym momencie.

Nie jestem profesjonalnym fotografem. Generalnie w ogóle nie jestem fotografem. Lubię robić zdjęcia. Miałem kiedyś prosty aparat (mydelniczka) i prawdziwe LOMO. Potem oczywiście przyszedł czas na pierwszy aparat cyfrowy i radość z tego, że mogę wreszcie zrobić więcej niż 24 zdjęcia z wycieczki szkolnej. Ale i zacząłem zauważać, że produkuję (to chyba dobre określenie) zdjęcia, których nie oglądam. Od dłuższego czasu mam konto na Instagramie, które regularnie zasilam kolejnymi fotkami.

To co chcę niezgrabnie przekazać, to fakt, że w naszym zespole nie jesteśmy fanatykami ani fotografii analogowej ani cyfrowej. Nie wiem czy zabrzmi to trywialnie, ale jesteśmy po prostu normalnymi ludźmi. Którzy wiedzą, że czasy filmu nie wrócą, ale i też cieszymy się, że nie trzeba chodzić gdzieś do labu i wywoływać filmu. Z drugiej strony przeraża nas marnowany czas i te utracone chwile na rzecz patrzenia bezmyślnie w ekran telefonu. Stąd, tak jak wspomniałeś, po prostu łączymy te dwa światy. Bierzemy cyfrę, dajemy minimalne doświadczenie analogu i wychodzi nam dobra zabawa.

 Jak wygląda dotychczasowy feedback? Przez Facebooka przetoczyła się, z tego co widziałem prawdziwa burza gratulacji i osób ciekawych, co dalej z samym projektem. Zdradź mi, ile osób dostało już swoje pudełka i jak odebrali oni całą tę koncepcję? Oczywiście nie proszę Cię o wyjawianie jakichś tajemnic, chociaż… <śmiech>

Ażeby być szczerym – przetoczyła się fala pozytywnych komentarzy, ale i pojawiły się negatywne opinie – po co się na na siłę ograniczać? Dlaczego mam płacić więcej niż za wywołanie w Rosmannie? Idiotyczny pomysł! Po prawie roku słuchania ludzi mam świadomość, że nasz pomysł jest z kategorii: „kochaj albo rzuć”. Mamy świadomość, że nie uszczęśliwimy wszystkich. I tego nie chcemy. Jeśli ktoś czuje się dobrze z cykaniem tysięcy fotek – ekstra. Jednak jeśli ktoś chce poczuć dreszczyk emocji w oczekiwaniu na efekt pracy aparatu, to wtedy służymy mu pomocą. Wiele osób z góry negowało nasz pomysł mówiąc: „czemu jestem skazany na jakieś niedoskonałe zdjęcie, skoro technologia umożliwia mi wykonanie kilkunastu ujęć i wybór tego najlepszego?”.

Długo się zastanawiałem nad odpowiedzią, bo wiedziałem, że jest, ale nie wiedziałem jak ją wyrazić. Ale teraz opisałbym to tak: wyobraź sobie Twój album ze zdjęciami pełen fotografii z wycieczek szkolnych, świąt, urodzin itp. Czy te zdjęcia były idealne? Nie. Bardzo często były nieostre, źle skadrowane, ktoś miał zamknięte lub czerwone oczy. Jednak oglądając te zdjęcia uśmiechałeś się i czułeś dużo emocji, bo to właśnie o nie chodzi a nie perfekcyjność. Dzisiejszy świat, ta pogoń za doskonałością, lajkami, komentarzami jakoś podskórnie wymaga od nas byśmy zawsze starali się zrobić coś najlepszego. Ale przepraszam, po pierwsze nie wszyscy jesteśmy kompozytorami i nie wszyscy jesteśmy fotografami w sensie fachu i artyzmu, z drugiej strony uważam, że w masowym pojęciu fotografia spełniała rolę przechowywania wspomnień, historii, a nie galerię idealnych ujęć pięknych ciał, twarzy i czego tam sobie nie wymyślisz.

Dlatego ukuliśmy też takie hasło, które towarzyszy YOSO – mniej zdjęć, więcej wspomnień, bo to o nie tu właśnie chodzi. Jesteś gdzieś? Zrób jedno, dwa zdjęcia, starczy. Bądź obecny ciałem ale i duchem tam gdzie jesteś. A my zajmiemy się tym byś później miał co wspominać, patrząc na wydrukowane zdjęcie w Twoim albumie lub powieszone w ramce.

Wystartowaliśmy 29 grudnia. Jedyne pudełka ze zdjęciami dostali nasi beta testerzy, którzy chwalili sobie koncept. Dzień po starcie aplikację w Polsce ściągnęło ponad 150 osób. Nie wiem czy to dużo czy mało, bo patrzymy dużo dalej. Mnie osobiście cieszy takie zainteresowanie.

Pora na najbardziej męczące pytanie… kiedy YOSO na Androida? Do tej pory można skorzystać z apki tylko na iPhonie lub iPadzie – widziałem jednak, że odpowiadacie zainteresowanym, iż premiera Androidowej wersji odbędzie się już w marcu 2017. Myślisz, że ten drugi system jest w stanie bardziej rozpropagować Wasz pomysł? Nie piję tutaj do niesnasek na temat: iPhone kontra Android. Bardziej ciekawi mnie, gdzie chcecie znaleźć swoich odbiorców.

Decyzja o starcie na iPhone była podjęta przeze mnie i wynikała tylko i wyłącznie z biznesowego podejścia. Po pierwsze, sama aplikacja jest bezpłatna, jednak druk zdjęć już kosztuje, dlatego miałem z tyłu głowy, iż to użytkownicy iPhonów wydają więcej na aplikację i korzystając z nich. Drugi powód: jakość aparatu. Modele od 4s posiadają już technologię, która daje dobry efekt przy druku naszych zdjęć. W przypadku Androida musielibyśmy to mocno limitować sprzęty. Ostatni istotny fakt, dysponowaliśmy jedynie naszymi własnymi oszczędnościami. To co wiem – lepiej sprawdzić pomysł na mniejszej grupie, jeśli zadziała inwestować szerzej. Stąd pomysł na start z iPhonem.

Wiemy, że potrzebujemy wersji na Androida, ale bardziej jest to podyktowane naszymi planami jeśli chodzi o rozwój modelu biznesowego opartego na byciu partnerem agencji turystycznych i eventowych. To tu widzimy bardzo duży rynek dla naszego pomysłu. YOSO jest idealnym pomysłem na wakacje i wycieczki. Przecież to wtedy robimy masę zdjęć. Wyobraź sobie, że jedziesz z biurem podróży, które daje Ci w prezencie lub oferuje naszą aplikację ze specjalną ceną. Wyjeżdżasz, dobrze się bawisz, cykasz 24 zdjęcia i po powrocie czeka na Ciebie wydrukowana pamiątka. Biuro podróży też się cieszy, bo daje Ci ciekawy prezent, dzięki któremu lepiej je postrzegasz.

Tego pytania nie ma w FAQ, a nasunęło mi się praktycznie automatycznie po przejrzeniu oferty. Co się stanie, kiedy wezmę 24 zdjęcia w rolce, zrobię je wszystkie i… stwierdzę, że już nie chcę z tym nic robić. Na filmie mówicie o tym, iż płaci się dopiero po skończeniu rolki. Nie ma mam nadzieję, żadnej kary za rozmyślenie się?

Spokojnie. Nic się nie dzieje. Od początku mieliśmy w naszym zespole dyskusje – kiedy pobierać opłatę? Na początku czy na końcu? Pierwsze wyjście, choć powodowałoby, że użytkownik już musiałby zrobić wszystkie zdjęcia, to byłoby zbyt dla niego ryzykowne. Dlatego mówimy: hej, sprawdź nas, popstrykaj kiedy chcesz, a jeśli Ci się spodoba, zapłać i zamów zdjęcia. YOSO jest totalnie bez zobowiązań.

Jak bardzo tęsknisz za odizolowaniem się od cyfrowej rzeczywistości? Faktycznie YOSO wzbudziło we mnie takie wspomnienia sprzed kilkunastu lat, kiedy brałem do ręki zdjęcia i faktycznie, te prostokąty coś dla mnie znaczą. Jakiś czas temu z kolei zmieniałem telefon i… straciłem ponad dwa lata zapisane na fotkach. Niespecjalnie mnie to przejęło. Też czujesz taki rodzaj… kolekcjonowania śmieci w kontekście fotografii?

Nie wiem czy masz dzieci. Mi telefon wpadł do wody i powiem Ci jedno dawno nie byłem tak zły mając świadomość, że rok zdjęć mojego małego synka właśnie przepadł. Oczywiście możesz mi zarzucić – czemu nie zrobiłeś kopii zapasowej w chmurze? Słyszałem ten argument wiele razy, padał niejednokrotnie z ust tak zwanych geeków, zapaleńców technologicznych. I wiesz co? Jak pytałem ich czy robią takie kopie okazywało się w 90%, że nie! Każdy ma tego świadomość, ale wrodzone lenistwo jakoś nam przeszkadza. Wiem, że YOSO może po prostu stanowić pewnego rodzaju zabezpieczenie, że przynajmniej przechowasz wspomnienia na tych kilkunastu wydrukowanych zdjęciach.

Jeśli pytasz mnie o odizolowanie od cyfrowej rzeczywistości to… daleko mi od tego. Znów powtórzę, nie jesteśmy fanatykami. Nie jesteśmy weganami analogowego świata. Nie zmuszamy ludzi do jedzenia jarmużu. Mówimy im: hej, też lubimy hamburgery, ale może zamiast jeść je w sieciówce, może czasem warto zajrzeć do fajnej lokalnej budki?

Jakie wymagania musi spełniać smartfon żeby móc pstrykać za pomocą YOSO? Działacie generalnie ze wszystkim, czy starsze urządzenia nie zostały zaproszone do zabawy?

Wymagania to tak naprawdę oprogramowanie. Jeśli chodzi o iOS to startujemy od 9 wersji. iPhone 4s taką wersje posiada. To wystarczy. Nie wiem jeszcze, jak to będzie wyglądało w przypadku Androida. Tak jak wspominałem, tam nie tylko system będzie odgrywał rolę.

Gdybanie, gdybaniem, ale… czego życzysz swojemu projektowi w przeciągu następnych dwóch lat? Możesz popuścić wodze fantazji, nie ma żadnych ograniczeń.

Nie muszę fantazjować bo mamy bardzo konkretny plan. YOSO to tak naprawdę taki drukowany, namacalny świat, który tworzymy. Aplikacja, o której tu rozmawialiśmy stanowi pewnego rodzaju preludium i jedną z części składowych całego ekosystemu. Mam nadzieję, że już w styczniu będziemy mogli ogłosić kolejny projekt w ramach YOSO. Na razie mogę zdradzić, że będzie on w modelu subskrypcyjnym, będzie się różnił pomysłem, ale i mocno uzupełniał z koncepcją aplikacji. Na pewno YOSO w przeciągu tygodni będzie dostępne na całym świecie. Już teraz możemy wysyłać zdjęcia do każdego zakątka globu, jednak aplikację można pobrać w Polsce i krajach nadbałtyckich, po prostu nie chcemy szarżować.

Aplikację YOSO pobierzecie z tego miejsca.

Pssst… jeśli wpiszecie przy zamówieniu kod „helloyoso”, to dostaniecie 40% zniżki na wysyłkę zdjęć do Polski. 🙂