W zasadzie sam nie wierzę, że coś takiego napisałem. Fan Gwiezdnych Wojen. Fan. Gwiezdnych Wojen. Trzy wyrazy, a tak bardzo się ze mną kłócą chociaż wśród znajomych znajdę sporo osób, które bardzo chętnie pobiegałyby po ulicy z mieczem świetlnym. Generalnie z science-fiction jako gatunkiem filmowym zawsze było mi gdzieś tam nie po drodze, rzadko zwracam na niego uwagę i nie potrafię poświęcić kilkudziesięciu minut na przebrnięcie (nie generalizuję!) przez miałkie dialogi i całą tonę efektów specjalnych. Wczoraj wieczorem po obejrzeniu nowego zwiastuna do sequela Blade Runnera mogę stwierdzić, że… poczułem się, jak fan Gwiezdnych Wojen.

No dobra, ale co to wszystko ma ze sobą wspólnego? Już tłumaczę.

Blade Runner z 1982 roku, ten oryginalny, stworzony przez Ridleya Scotta, to w zasadzie powód do napisania eseju, w którym będę zachwycał się nad ujęciami, scenografią, aktorami i oprawą muzyczną – dźwięku w wykonaniu Vangelisa są naprawdę zajebiste i ponadczasowe. Chodzi mi jednak o to, iż jest to jeden z garstki filmów science-fiction, który jestem w stanie obejrzeć bez odruchu wymiotnego. W sumie pierwszy z Blade Runnerów i tak może zostać zakwalifikowany do gatunku „future-noir”, czyli po prostu przeniesienia nieśmiertelnego wizerunku detektywa w kapeluszu do świata z przyszłości. Takiego świata, gdzie rządzą roboty, wszystko jest cyfrowe, a na ziemi powoli kończy się miejsce dla ludzi.

Od dawna wiedziałem jednak, że ma powstać sequel, którym nie zajmie się bezpośrednio Scott, bo ten Pan dobrych filmów robić już nie umie – a zupełnie nowa ekipa, na którą patrzę i nie wierzę, że taka trójka mogła połączyć razem siły. Pod względem aktorskim również jest nieźle: Ryan Gosling, Jared Leto, Harrison Ford. Teraz pytanie tylko, który z nich będzie odcinał kupony swojej sławy? Palec niechętnie krąży i chce zatrzymać się na tym ostatnim, którego wymieniłem, ale poczekam jeszcze do czerwca z finalną oceną. A nuż się pozytywnie zaskoczę.

No i czuję się jak ten fan Gwiezdnych Wojen. Nie wiem na ile sam zwiastun Blade Runnera 2049 rozwiał moje wątpliwości, co do następcy arcydzieła sprzed kilku dekad, jednak nie będę ukrywał: obejrzałem ten dwuminutowy zlepek jakieś 15 razy pod rząd jednocześnie mając ciarki w momencie, w którym na końcu pojawiają się napisy, a z głośników słychać soundtrack bliźniaczo podobny do tego, jaki skomponował Vangelis dla pierwszej wersji Łowcy Androidów. Oglądając wywiad z reżyserem odpowiedzialnym za przedłużenie historii Scotta wiem, że może być dobrze – facet nienawidzi CGI i stara się stawiać na normalne kadry bez zbytniej ingerencji komputera, oczywiście tam, gdzie to wszystko da się zrobić. Na liście życzeń względem Blade Runnera 2049 zapisałbym więc ten klimat cyberpunku, samotności, przytłaczającego miasta i wszędobylskiej, wylewającej się z zaułków ciemności, która połączona jest z uczuciem zwątpienia.

To teraz możecie w końcu oficjalnie zapytać: stary, ale dlaczego czujesz się, jak fan Gwiezdnych Wojen?

Wydaje mi się, że to dlatego, iż z tego, co zaobserwowałem, wszyscy fani Gwiezdnych Wojen dyskutują, podniecają się, wstawiają tony statusów, zdjęć i materiałów związanych z premierą nowego filmu czy czegokolwiek związanego z tym science-fiction albo jak kto woli, space operą. I tak będzie już zawsze, z tego prawdopodobnie nie da się nikogo wyleczyć – w sumie nie miałbym też ku temu żadnych powodów.

Mało jednak brakuje do tego, abym po zwiastunie nowego Blade Runnera zrobił to samo i zasypał znajomych treściami związanymi z wspomnianym obrazkiem. Na razie się jeszcze powstrzymam.

Czy ktoś tutaj zna fana Gwiezdnych Wojen, który mógłby mi pomóc poradzić sobie z taką sytuacją?