Przeglądam Twój blog, przeglądam Twój Instagram i chociaż jestem po sytym posiłku, to muszę powiedzieć Ci, że naprawdę zgłodniałem! Nie wiem sam czy to kwestia dobrej fotografii czy po prostu mojej wyobraźni podczas analizowania poszczególnych składników w przepisie. W tych wszystkich pięknych wpisach przemycasz trochę tajników food-stylingu? Czy może kompletnie nie trafiłem i jest to prosta inscenizacja wedle gustu?

Po trochu jednego i drugiego. To, co tworzę u siebie na blogu rzadko jest dokładnie zaplanowane, wizje powstają same w mojej głowie, a ja po prostu staram się realizować je najlepiej jak potrafię. Póki to działa, a moje przepisy, teksty i zdjęcia tworzą jako tako spójną całość, staram się przesadnie tego nie analizować. Czasami coś gotuję, a później kombinuję jak to podać, kiedy indziej przeszukuję umysł pod kątem pomysłów na dania dobrane do klimatu i stylizacji, jakie chodzą mi po głowie. Ten system operuje trochę poza mną – owszem, ja to wszystko tworzę, ale jednocześnie powstaje to trochę samoistnie. Całe szczęście jednak całkiem nieźle działa – dostaję od ludzi sporo pozytywnego odzewu, w skrócie pod tytułem“chcę to zjeść!” – a o nic więcej mi przecież nie chodzi.

coutellerie-marianna-medynska-wywiad-10

Zanim powstanie jedzenie, to zapewne jego wygląd oraz smak kiełkuje w Twojej głowie jeszcze przed wejściem do kuchni. Co sprawia większą przyjemność: gotowanie dla samej siebie w zaciszu domu, bez pstrykania zdjęć, czy może właśnie układanie jedzenia, dbanie o te wszystkie detale oraz sposób prezentacji, który może zainspirować innych?

Ciężko zdecydować. Choć wszystko niby sprowadza się do tego samego, to zupełnie różne bajki i z żadnego rodzaju gotowania (i jedzenia!) nie mogłabym zrezygnować. Tak naprawdę chyba najbardziej lubię urządzać uczty z przyjaciółmi. Czasem umawiamy się na nie z dużym wyprzedzeniem, kiedy indziej lądujemy w kuchni bardzo spontanicznie. Wspólne gotowanie to genialny sposób na spędzanie razem czasu, a mam wśród znajomych wielu pasjonatów dobrego jedzenia! Lubię też rodzinne pichcenie, do którego mamy w domu okazję dosyć rzadko, głównie podczas świąt. Cieszę się, kiedy nie muszę myśleć o zdjęciach, odpowiednim świetle i idealnym sposobie podania. Choć po dłuższym czasie bez gotowania z myślą o blogu i tego zaczyna mi brakować. Planowania dań, a zaraz potem ich stylizacji, pasujących naczyń i desek…

To fajna zabawa i cieszę się ogromnie, że z czegoś tak przyjemnego uczyniłam w tej chwili swoją zawodową pracę.

Patrząc na zdjęcia i śledząc kucharzy lub osoby o podobnych zainteresowaniach do Twoich, zastanawia mnie czy Coutellerie to chęć pokazania jakiejś konkretnej historii, która zasłonięta jest białym lub innym kolorem talerza? W kuchni można opowiadać naprawdę nieźle. Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, czy faktycznie te wszystkie przepisy i to, co pokazujesz jest odzwierciedleniem Twoich emocji lub sposobu myślenia?

Myślę, że to nieuniknione. Aby być autentycznym, trzeba włożyć w teksty i zdjęcia sporo siebie. Osobiście, wertując książki kucharskie, przeglądajac magazyny i blogi, a nawet jedząc w restauracjach, zawsze najbardziej interesuję się “czynnikiem ludzkim” – myślami, inspiracjami, pomysłami i skojarzeniami autora przepisu czy kucharza. Od siebie chciałabym więc dawać czytelnikom to samo.

coutellerie-3

Muszę o to zapytać. Jaka jest ta jedna rzecz, którą mogłabyś jeść codziennie, bez przerwy, przez cały tydzień?

Moje jedzeniowe obsesje są sezonowe, ale mam też kilka niezależnych od pory roku i dnia – miód gryczany, długodojrzewające sery, chałwa, chrupiące jabłka…

Japonia. Właściwie dlaczego Japonia? Wiem dlaczego tam byłaś, czym się zajmowałaś, ale o tym też możesz pokrótce opowiedzieć – to bardzo ciekawe. Czy jedzenie z tamtych stron świata diametralnie różni się od „przeciętnego” talerza w naszym kraju? Podejrzewam, że pod względem składników na pewno, ale czy Japończycy mają swoje oryginalne upodobania kulinarne? Wiesz, takie rzeczy, które smakują wszystkim i są swego rodzaju dobrem narodowym.

Super, że pytasz, bo uwielbiam o tym opowiadać! Nietrudno to zresztą zauważyć po lekturze moich opowieści z podróży. We wpisach o Japonii przejawia się moje gadulstwo i zamiłowanie do reportażu, ale przede wszystkim ogromna tęsknota – trochę za odwiedzonymi miejscami, a trochę za tamtym czasem w moim życiu, za moim stanem ducha w trakcie tej podróży.

Oczywiście jak mogę staram się utrzymać te wpisy w tematyce kulinarnej. Nie jest to na szczęście trudnym wyzwaniem, ponieważ mój pobyt był silnie skoncentrowany wokół jedzenia. Początkowo wydawało mi się, że mam ogromne szczęście – bez przerwy spotykałam smakoszy, miłośników gotowania, a nawet pracowników branży gastronomicznej! Po około miesiącu wiedziałam już, że to nie fart. Tak można zaklasyfikować większość Japończyków, a ciągłe trafianie na nich było nie tyle prawdopodobne, co nieuniknione.

coutellerie

Japonia nie była wcześniej obiektem moich westchnień. Trafiłam tam trochę przypadkiem i niewykluczone, że taką samą miłością zapałałabym do innego miejsca, które mogło stać się wówczas celem mojej podróży. Nie ma to dla mnie większego znaczenia kiedy wiem jak prawdziwe jest to uczucie. Jeździłam od miasta do miasta (a także, znacznie częściej, od wsi do wsi), wypiłam życiowy przydział zielonej herbaty, nauczyłam się robić prawdziwe sushi, lepiłam własnoręcznie makaron soba, pracowałam na organicznej farmie winogron Pione z prefektury Okayama, dowiedziałam się jak rozpoznawać odmienne nuty smakowe w różnych rodzajach sake, na własne oczy zobaczyłam Jiro Ono, a raz o trzeciej nad ranem wybrałam się na aukcję tuńczyków na najsłynniejszym targu rybnym na świecie! Poznałam liczne japońskie tradycje związane z jedzeniem i ogrom nieznanych w Europie składników i potraw. Ale najważniejsze dla mnie nie były szeroko pojęte dziwactwa, a taka prosta, codzienna kuchnia i kultura jedzenia, które mogłam podejrzeć zatrzymując się w zwykłych japońskich domach.

Jeśli chodzi o dobra narodowe, w dużej mierze pokrywają się one ze stereotypami – ryż, ryby, herbata, sos sojowy, wodorosty; ale także dużo warzyw – świeżych i piklowanych (tsukemono), tofu, sezam, kolorowe słodycze w najdziwniejszych smakach. U siebie, do każdego japońskiego wpisu staram się załączyć przepis – były już m.in. podstawy, jak bulion dashi, anko (słodka pasta z fasoli azuki) i klasyczny sos do maczania makaronu, ale także skomplikowane receptury – na żelki warabimochi obtoczone w prażonej mące sojowej kinako czy lody z czarnego sezamu.

coutellerie-marianna-medynska-wywiad-8

Tradycja w kuchni: to istotny element, czy raczej na przestrzeni lat powinniśmy od niego odchodzić? Pytam o to też w kontekście wspomnianej wyżej Japonii. Wiem, że tam ludzie bardzo dbają o przekazywanie wiedzy z pokolenia na pokolenie: również w kwestii kulinarnej. Wydaje Ci się, że taki model miałby szansę powodzenia w naszym kraju?

Oczywiście. Co więcej, widać ogromny postęp w tej kwestii na przestrzeni ostatnich kilku lat. Dzisiaj w modzie jest jedzenie ziemniaków i gotowanie z babcinych przepisów, wszyscy pieką chleb na zakwasie, a kilka dni temu byłam na premierze książki o kiszonkach, i było tłumnie! Bardzo mi się takie powroty do korzeni podobają, bo uświadamiają nam, że warto doceniać to, co mamy najlepsze – w naszej ziemi, w historii i we krwi. Również tym z nas, którzy swoją działalnością nie kultywują tradycji bezpośrednio, ale nabierają do tych dóbr szacunku. Mogą iść z duchem czasu, a równie chętnie je wykorzystują, nadając im jednocześnie zupełnie nowe wcielenia.

Podobnie jak ja, lubisz kawę parzoną metodami alternatywnymi, przynajmniej z tego, co udało mi się wyszpiegować. Wiele miejsc oprócz dobrej jakości ziaren posiada również tarty, ciasta i szereg innych pyszności. Co jest Twoim ulubionym dodatkiem do czarnego napoju?

Rzadko decyduję się na dodatki. Lubię próbować nowych ziaren z różnych palarni – wiem jakie kawy smakują mi najbardziej (kwaśniejsze, owocowe), ale zazwyczaj podpytuję baristów o rekomendacje, a jeśli jestem w towarzystwie, często wybieramy różne opcje i dzielimy się, porównując. Koniec końców wolę skupić się na smaku samej kawy. No chyba, że mowa o prawdziwych, świeżych makaronikach (do znalezienia w nielicznych miejscach – uwaga na mrożonki z fabryki!),

Im nigdy nie mogę się oprzeć.

coutellerie-marianna-medynska-wywiad-9

Miałabyś na tyle siły oraz pewności siebie, aby wydać książkę z przepisami? Wiesz, ładne zdjęcia, mało tekstu: minimalistycznie i smacznie. Czy opłaca się jeszcze tworzyć takie rzeczy, czy w dobie internetu nie ma już sensu zalewać sklepów swoją propozycją, jak sądzisz? Znalazłabyś swoją niszę?

Na ładne zdjęcia się zgodzę, ale mało tekstu? Ja chciałabym się rozpisać jak najbardziej! A tak na poważnie – stworzenie książki to jedno z moich największych marzeń. Dostałam do tej pory dwie propozycje wydawnicze, ale żadna nie była jeszcze tą jedyną. Mam bardzo konkretne wyobrażenie mojego książkowego debiutu i perfekcjonistyczne zacięcie nie pozwala mi iść w tej kwestii na żadne kompromisy.

W mojej idealnej wizji zaplanowałam prawie każdy szczegół, w sekrecie powiem, że wybrałam nawet wymarzone wydawnictwo – oni jednak jeszcze o tym nie wiedzą, dlatego trzymajcie kciuki!

coutellerie-marianna-medynska-wywiad-5

Pytałem wcześniej o tę jedną, uzależniającą rzecz do jedzenia: to zapytam inaczej, chociaż to pytanie przyszło mi do głowy sam nie wiem skąd. Czego nie zjesz? Czy jest w ogóle taka rzecz? Sam jestem wszystko-żerny, ale istnieje na świecie tylko i wyłącznie jedna rzecz, której nie tknę, choćby mieli mnie związać. Znajdzie się taka u Ciebie?

Nie, choć przed wieloma miałabym pewnie opory. Uważam jednak, że wszystkiego warto spróbować, pod warunkiem, że mamy pewność co do autentyczności, tj. źródła i przygotowania. To było moje postanowienie przed wyjazdem do Japonii – aby naprawdę gruntownie poznać tamtejszą kuchnię, zjem wszystko co mi dadzą prawdziwi Japończycy. Spróbowałam dzięki temu rzeczy, których dobrowolnie nigdy bym nie tknęła – w większości okazały się bardzo ciekawe.

 W którą stronę zmierza Coutellerie? Jaki jest dalszy plan na rozwój bloga? Udzielasz się gościnnie, na liczbę projektów zapewne nie narzekasz. Czym w takim razie będziesz mogła zaskoczyć nas w najbliższym czasie?

Przede wszystkim chcę wrócić do regularnego pisania. Na początku prowadzenia bloga publikowałam wpisy co drugi dzień! Stawiam oczywiście na jakość, nie na ilość, ale chciałabym pojawiać się na blogu trochę częściej niż ostatnio. A gdzie mnie to zaprowadzi, to się dopiero okaże! Ciekawe projekty i współprace mają to do siebie, że pojawiają się znienacka. Mam więc nadzieję na jakieś niespodzianki, ale za swój priorytet obieram więcej zwyczajnej, niewymuszonej obecności na blogu.

coutellerie-4

Oprócz robienia zdjęć jedzeniu, jak podchodzisz do fotografii innych rzeczy: miast, ludzi, rzeczywistości. To taka sama przyjemność, czy jednak aparat w kuchni czuje się najlepiej?

Taka sama, a może nawet większa! Najbardziej lubię połączenie jednego i drugiego, czyli jedzenie osadzone w naturalnym kontekście – razem z gotującymi (lub jedzącymi) rękami, w trakcie przygotowania. Kuchenne scenerie, garnki i noże, surowe składniki czekające na wykorzystanie, markety uliczne, stragany, sprzedawcy, sady, grządki, pola i świeżo wykopane warzywa… wymieniać mogę długo.

Widać to, rzecz jasna, w moich postach z podróży, ale też w kilku z tych zwyczajnych – kiedy dzieląc się przepisami pokazuję na przykład pikniki z ogrodu, rodzinny dom, zaprzyjaźnionych rolników, moją babcię, czy ciekawe okołokulinarne inicjatywy.

Jaką muzykę słychać w kuchni Marianny podczas rytuału gotowania? A może to po prostu cisza?

Ciszy nie lubię, ale ciężko mi w skrócie odpowiedzieć na pytanie o muzykę. Słucham bardzo różnej i sama nie do końca wiem jakie są kryteria mojego gustu. Zdecydowanie wolę muzykę pochodzącą z instrumentów, niż elektroniczną, i raczej starszą niż nowszą. Kto ma ochotę, może zajrzeć na moje konto na Spotify. Często puszczam też sobie zaległe radiowe audycje i podcasty. Z kolei do zmywania zagrzewają mnie tylko prawdziwe hity – muzyka popularna z drugiej połowy XX wieku, polskie złote przeboje i piosenki z bajek Disneya. Warunek jest tylko jeden, muszą lecieć tak głośno, bym mogła śpiewać bez skrępowania.

coutellerie-2

Co ostatnio czytasz i którą z książek mogłabyś polecić z czystym sumieniem? Nie mówię tu tylko o lekturach stricte „jedzeniowych”, nie przesadzajmy!

W tym momencie czytam opowieści o moim utęsknionym podróżniczym marzeniu – Kuba. Syndrom wyspy Krzysztofa Jacka Hinza. Chwilę wcześniej skończyłam (po raz drugi) Japoński wachlarz Joanny Bator, książkę, która pięknie (i trafnie) opisuje miejsce, za którym tak bardzo tęsknię. W ogóle przechodzę ostatnio całkiem świeżą fascynację reportażem. Podróżuję sobie po świecie nie wychodząc spod kołdry, ale też czytam o Polsce (nowy Filip Springer!), o arcyciekawych organizmach jakich są lasy (Sekretne życie drzew leśniczego Petera Wohllebena), i (po Projekcie: Prawda, który mocno do mnie przemówił) odkopuję twórczość Mariusza Szczygła (którego kocham), na przykład urocze teksty o super ciekawych kobietach (tom Kaprysik).

Dawno nie sięgnęłam po żadną powieść, z nadzieją więc patrzę na Małe życie H. Yanagihary, Fatum i furię L. Groff i na Podróżowanie z Beniaminem M. Vopěnki, które już czekają na półce.

“Jedzeniowe” książki mają w moim sercu specjalne miejsce, niezależne od innych lektur. Ostatnio kupiłam trzy tomy spod pióra Anthonego Bourdain, jednego z moich idoli. Zaśmiewałam się też nad Więcej niż możesz zjeść Masłowskiej. Koło łóżka zawsze leży u mnie kilka książek Nigela Slatera, którego teksty są moim lekarstwem na bezsenność, zły humor i niedobór kuchennej inwencji twórczej. A z książek stricte kucharskich, zagłębiam się w Near & Far Heidi Swanson, śniadaniowe Dzień dobry Małgosi Minty, Plenty More Yotama Ottolenghi i w nigdy się nie nudzący The Flavour Thesaurus.

coutellerie-marianna-medynska-wywiad-7

To będzie już ostatnie pytanie, obiecuję. Jestem kuchennym leniem, często wolę odpuścić niż stać i próbować nowych rzeczy, a ponoć całkiem nieźle mi to wychodzi. Jaką masz poradę dla takich osób jak ja. Co zrobić żeby się przemóc i zacząć gospodarować czas tak, aby móc odkrywać i cieszyć się jedzeniem? Nawet takim, które wymaga poświęceń.

Grunt, to nie wywierać na sobie zbyt dużej presji, by to odkrywanie nie zaczęło kojarzyć się z przymusem. Zacznij od jak najprostszych rzeczy – takie też potrafią nieraz wbić w fotel! Po którymś sukcesie z kolei automatycznie zacznie ciągnąć Cię w stronę bardziej skomplikowanych kuchennych działań. Zapraszaj znajomych na kolacje – nic tak nie motywuje, jak rozkochane podniebienia najedzonych gości. Uwaga, ani się obejrzysz, jak złapie Cię szaleństwo i tak jak ja będziesz ziarenko po ziarenku obierać kilo ciecierzycy na idealnie gładki hummus, wstawać przed świtem, by zdążyć przed pracą zawekować dodatkowe kilka słoików przecieru pomidorowego, albo zaczniesz… blogować!