Zdecydowanie za rzadko poszukuję w polskim internecie wartościowych twórców oraz osób, na które warto zwrócić uwagę. Z drugiej strony, blog Justyny nazwany jako Minerva ma już spore grono fanów – tak więc od razu powinien wyróżniać się z tłumu. Spędziłem na czytaniu artykułów autorki dobrych kilka godzin: są one bowiem świetnie przygotowane i naprawdę ciekawe, szczególnie dla mnie, jako osoby, która z malarstwem i sztuką zawsze miała gdzieś nie po drodze. Ja na pewno zostaję ze wspomnianym blogiem na dłużej i mam nadzieję, że po tej rozmowie, Wy również „zmarnujecie” trochę swojego czasu na odkrywanie kolejnego, ale jakże ważnego przecież elementu kultury.

Na początku muszę Ci powiedzieć, że jestem pod wrażeniem tego, jak duże i aktywne grono czytelników posiada Twój blog. Patrząc na poruszane przez Ciebie tematy pomyślałem sobie, iż w naszym kraju naprawdę ciężko zagospodarować tego typu niszę – Tobie się jednak to udało. Jesteś w stanie określić, kim tak naprawdę jest przeciętna osoba, która na co dzień lub co jakiś czas odwiedza Minervę? No chyba, że jest to zbyt duży miks cech i charakterów…

Oczywiście, że wiem, moi czytelnicy to wspaniali ludzie, których łączy niezwykła kultura osobista, ciekawość i chęć poznawania świata sztuki. Dla mnie nie ma żadnego znaczenia kim są, jaką branżę reprezentują, czy posiadają wykształcenie artystyczne, czy zajmują się fizyką kwantową, czy czymkolwiek innym. Sztuka potrafi przemówić do każdego, to jest chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.

Twoje posty są przemyślane, dobrze zredagowane i poparte naprawdę solidną dozą researchu. Perfekcjonizm czy po prostu głowa pełna pomysłów? Oczywiście wiadomo, że jedno z drugim się nie wyklucza, ale do czego zmierzam… Chciałem Cię zapytać, jak wygląda u Ciebie proces twórczy w przypadku samego pisania i selekcji informacji? To też przecież sztuka, a o jej kulisach zazwyczaj się nie mówi.

Podczas tworzenia postu nieustannie towarzyszy mi poczucie, że wypada napisać coś dobrze i poprawnie, zwłaszcza, jeśli ma to mieć edukacyjny charakter. Wiesz, w rezultacie i tak zazwyczaj mam jakieś wyrzuty, że napisałam za mało i że mogłabym więcej, lepiej, ale muszę z tym jakoś żyć, bo w przeciwnym razie chyba nic bym nigdy nie opublikowała <śmiech>. Pisanie o sztuce w moim przypadku wiąże się mocno z jakimś wewnętrznym impulsem, zapalnikiem, który mnie motywuje do danego tematu. To wszystko jest bardzo emocjonalne, często jest tak, że wybieram dany obraz i zagadnienie, tylko i wyłącznie dlatego, że pasuje do mojego nastroju, kondycji psychicznej.

Jaką rolę może odgrywać muzyka w sztuce, albo jak można ją wykorzystać do zwiększenia przekazu płynącego z samego obrazu czy rysunku? Miałaś tak kiedyś, że przypisywałaś konkretne utwory do wybranych prac? Słuchając dźwięków wielokrotnie wyobraźnia maluje przecież różne rzeczy i krajobrazy. Jestem ciekaw niektórych „dopasowań”, jakie mogłabyś stworzyć.

Fajne pytanie, moja praca licencjacka nosiła tytuł „Muzyka w polskiej sztuce dwudziestolecia międzywojennego”. Rzeczywiście, muzyka i sztuka mocno się przenikają, stanowiąc dla siebie wzajemne inspiracje. Muzyczny może być w sztuce sam temat, ale też ta melodia czasami wypływa ze sposobu prowadzenia pędzla, z rytmiki kompozycji. Szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałam się nad konkretnymi zestawieniami w stylu utwór muzyczny – praca malarska. Sama słucham chyba dość ciężkich dźwięków, mnóstwo elektroniki, ale też muzyki klasycznej. Wspólnym mianownikiem jest tu chyba ekspresja – prace o takim wyraźnie, chociażby ekspresjonistów niemieckich, bardzo pasują mi do jakiś mocnych, może nawet nerwowych dźwięków. Venetian Snares jest tu idealny, chociażby jego utwór Hajnal.

Kiedy ostatni raz robiłaś podejście do płótna – albo, czy w ogóle robiłaś kiedykolwiek. Małe bio zdradza mi, że nie potrafisz malować, ale nie uwierzę, że udało Ci się wypełnić ze środka to uczucie, które kazało sprawdzić na własną rękę, co z tego wszystkiego wyjdzie.

Chodziłam do liceum plastycznego, więc miałam kontakt z płótnem, ale malowanie naprawdę było dla mnie zmorą. Lubiłam szkicować, ale nie stać mnie było na żadne innowacje, własne sposoby patrzenia na świat. Potrafiłam co najwyżej ładnie odwzorować to, co widziałam, nic wyjątkowego. Potrzebę sztuki zapełniłam teorią, okazało się, że to mnie w tym wszystkim rajcuje najbardziej – nie tworzenie, ale podglądanie jak robili to inni.

Zawsze zadaję to pytanie. To taka forma zbierania rzeczy do przeczytania i obejrzenia. Opowiedz mi o trzech ostatnich filmach i książkach, które zrobiły na Tobie wrażenie. Nie ma tu ograniczeń ani żadnych ram, w które trzeba się wpisać. Na blogu widziałem, że wspominałaś nieco więcej o „Jestem Mordercą” – jednym z niewielu polskich filmów, który również na mnie zrobił wrażenie. A to już rzadko się zdarza.

Zacznę od filmów, bo ostatnio widziałam dość sporo nowych rzeczy. Na pewno „Paterson”, czyli nowy Jarmusch, który oszałamia ciepłem i sprawia, że człowieka zaczyna ogarniać jakiś niezwykły spokój. Rozczula, daje ukojenie, to taka „poezja życia codziennego”. Bardzo podobał mi się również „Lobster”. Tu z kolei mamy taką trochę Orwellowską wizję, w której emocje i relacje międzyludzkie zostały poddane pełnej kontroli, a ludzie w strachu przed samotnością są w stanie naprawdę wiele zrobić. Co jeszcze? Warto zobaczyć „Nocturnal Animals”, choć z dwóch filmów Toma Forda poleciłabym bardziej jednak jego pierwsze dziecko, „Single Mana”. Piękne, smutne kino. Jeśli chodzi o książki, to nieustannie aktualną lekturą, którą zawsze polecam jest cudowny i wzruszający „Pamiętnik Tadeusza Makowskiego”. Z branżowych pozycji mogę z czystym sercem polecić poradnik „Zacznij kochać design” Beaty Bochińskiej, oraz obszerną publikację na temat Hieronima Boscha autorstwa Wilhelma Fraengera. Książka ma ponad 400 stron i w bardzo obszerny sposób interpretuje i wyjaśnia co tak naprawdę stanowiło temat tych szalonych wizji malarza.

W jaki sposób odpoczywasz od obowiązków? Pracując w muzeum nawet na pół etatu, nie da się przecież nie mieć wszystkiego dosyć. Do tego pisanie, katalogowanie informacji – to męczy. Znalazłaś już ten jeden, idealny sposób na sformatowanie głowy, czy dalej poszukujesz złotego środka?

Z przyjemnością stwierdzam, że Twoje pytanie jest już troszkę nieaktualne, ponieważ od stycznia pracuję na cały etat, choć to jeszcze bardziej ogranicza mój czas wolny. Najbardziej relaksują mnie podróże do miejsc, w których jeszcze nie widziałam. Nie chodzi o dalekie i drogie wycieczki, czasami wystarczy jedynie mała zmiana perspektywy, coś nowego, innego, coś co ucieszy oko, zainspiruje, uspokoi. Lubię odkrywać okolicę, poznawać jej historię, wpatrywać się w kapliczki na drzewach, oglądać cerkwie, podglądać ludzi w oknach – oczywiście w granicach przyzwoitości.

To pytanie to standard. 3 rzeczy, bez których nie ruszysz się z domu, to?

Telefon (nie)stety jest chyba na 1 miejscu, tak samo pieniądze. Mam problem z trzecią rzeczą, więc zaglądnęłam do torebki, ale to był błąd, ponieważ tam jest dosłownie wszystko… W kieszeni prawie zawsze mam szminkę, to chyba taki babski klasyk, który zawsze dobrze wpływa na pewność siebie.

Tauron, OFF… to wszystko miejsca, w których można posłuchać specyficznej, elektronicznej muzyki. Lubisz jeździć po festiwalach, czy raczej króluje u Ciebie wygodna kanapa, Spotify lub winylowe odtwarzanie ulubionych dźwięków? Jestem ciekaw, który z kawałków albo całych albumów zapętlasz ostatnio najczęściej. U mnie to zdecydowanie Soma – The Inner Cinema, ta płyta jest genialna.

W ostatnie wakacje byłam po raz pierwszy na Tauronie i Offie, i muszę przyznać, że jestem nimi totalnie oczarowana. Atmosfera, ludzie, klimat, muzyka, no coś pięknego. Jestem pewna, że w tym roku także będę, nie odpuszczę na pewno takiej okazji. W domu słucham bardzo dużo, w zasadzie to jest pierwsza rzecz jaką robię tuż po wejściu do mieszkania, włączam muzykę. Niestety nie mamy jeszcze w mieszkaniu adaptera, ale słucham też sporo muzyki z kaset w samochodzie, choć w zasadzie, to nie mam wyjścia, bo mój mąż ma kilka zabytkowych pojazdów i w każdym z nich tylko kasety są nośnikiem, który jest akceptowalny. Ostatnio non-stop jest u mnie na tapecie Massive Attack – Heligoland, nasze polskie elektroniczne Rysy oraz ścieżka dźwiękowa do Noctural Animals w wykonaniu Abela Korzeniowskiego.

Wydaje Ci się, że w dzisiejszym świecie i rzeczywistości, ludzie wrażliwi na sztukę, piękno architektury i Ci, którzy chłoną świat całym sobą… mają łatwo? Mi osobiście wydaje się, że coraz bardziej promuje się odtwórcze treści, a chęć odkrywania zanika w masie ludzkiej wraz z płynącymi latami. Cały proces tej degradacji następuje chwilę po wyjściu ze szkoły.

Nie jest chyba żadną tajemnicą, że ludzie obdarzeni wrażliwością i empatią zawsze mają trochę bardziej pod górę. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby ta potrzeba poznawania i przeżywania świata mogła kiedykolwiek zaniknąć, chociażby u mnie. Ona się jedynie zmienia, dojrzewa, przybiera inne formy, ale jest nadal, nakręca do działania, do życia. Ja wierzę optymistycznie, że nasze społeczeństwo rozwija się, że jest coraz bardziej świadome, by móc postawić na jakość. A to, że obok sacrum jest profanum, no cóż, tak zawsze było, jest i będzie.

Czym jest dla Ciebie design – pytam ogólnie. To zabawa formą, próba przekazania informacji czy może tylko i wyłącznie przyjemność stricte wizualna? Płacisz tak samo jak ja więcej za ładne opakowanie, czy raczej Ci się to nie zdarza?

Dobry design to umilanie człowiekowi życia, zarówno jeśli chodzi o praktyczność, ale też warstwę wizualną, estetykę danego rozwiązania. Bardzo cenię sobie prostotę, lubię minimalistyczne zestawienia i rozwiązania. W tej kwestii jest dokładnie tak jak piszesz – czasami wydaje dwa razy więcej, tylko dlatego, że coś lepiej wygląda. Człowiek ma chyba taką wewnętrzną potrzebę otaczania się ładnymi rzeczami, choć ta „ładność” jest tu szalenie subiektywna.

Na koniec zostawiam najgłupsze pytanie, rodem z najgorszych rozmów kwalifikacyjnych. Gdzie będzie i co będzie robić Justyna za 5 lat?

Mam nadzieję, że gdzieś bardzo daleko, w sferze obecnych marzeń i dalekosiężnych planów. Za 5 lat pewnie będę odprowadzała dziecko do przedszkola, robiła kolejną wystawę w muzeum i kto wie, być może prowadziła swój własny program o sztuce w TV! Chociaż nie, chyba przesadziłam, wystarczy, żeby blog nadal miał się świetnie i dawał mi tyle samo radości co teraz.