Polskie produkcje mają to do siebie, że albo przyciągają Cię i nie chcą puścić, albo po samym zwiastunie wiesz już, że szkoda na to wszystko czasu. W przypadku „Jestem mordercą” sprawa wyglądała dość dziwnie – przynajmniej w moim przypadku. Zwiastun nowego filmu Macieja Pieprzycy jest naprawdę kuszący, jednak idąc na przedpremierowy pokaz do kina miałem z tyłu głowy tę myśl, której nie lubię, czyli… a co będzie, jak wydam pieniądze na marne? Okazało się jednak, że jest zupełnie inaczej niż spodziewałem się od samego początku.

„Thriller inspirowany prawdziwymi wydarzeniami z początku lat 70-tych. Główny bohater filmu, Janusz Jasiński, jest młodym porucznikiem milicji. Po kolejnych niepowodzeniach śledztwa w sprawie brutalnych zabójstw kobiet, zostaje mianowany nowym szefem grupy dochodzeniowej. Stara się zrobić wszystko, by wykorzystać życiową szansę i złapać seryjnego mordercę. Jak wiele będzie w stanie poświęcić dla śledztwa?”

Historia nie jest oryginalna…

To możecie na pewno stwierdzić tak samo, jak i ja po przeczytaniu opisu od dystrybutora powyżej. Z drugiej strony jednak, o sprawie Wampira wiedziałem już wcześniej, a wszystko to za sprawą fantastycznej książki Przemysława Semczuka, który rozbiera na czynniki pierwsze całe śledztwo oraz pokazuje, jak bardzo zagmatwana była sprawa polskiego, seryjnego mordercy. Z perspektywy czasu faktycznie cała ta rzeczywistość lat 70 może nie być oryginalna, jednak robi wrażenie. Nie tylko poprzez rozmach, ale również przez postać samego, bezwzględnego mordercy, który bardzo możliwe, że nie został nigdy złapany.

Ale…

Od samego początku filmu Pieprzyca kreuje zimny, zadymiony obraz całej rzeczywistości, w jakiej stają nasi bohaterowie. Miasto, ludzie i pomieszczenia zdają się być kompletnie bez duszy: zimne i głuche, nie słuchające potrzeb ani nie zważające na problemy nikogo. Chłodne, przebijające się kadry bardzo przypominają mi wyśmienitego „Szpiega” – jeden z najlepszych wizualnie filmów, jaki powstał w ciągu ostatnich lat. „Jestem mordercą” zdecydowanie nie ma się czego wstydzić, przyznam nawet, że jestem zaskoczony statycznością, ruchami kamery i powtarzalnością niektórych obrazków. Film Pieprzycy zachwyca grą światłem, ale tylko wtedy, kiedy naprawdę zwrócicie na to uwagę. Żaden z detali nie wysuwa się zbytnio na pierwszy plan, a wszystko jest na swoim miejscu. Odtworzenie atmosfery lat 70 wydaje się równie dobre, jednak sam niewiele mogę o tym Wam powiedzieć – jestem po prostu za młody, aby pamiętać, jak wyglądał nasz mały, polski świat w tamtym okresie.

jestem-morderca-recenzja-filmu-2

Pozytywnie zaskakując…

Muzyką. Chylę czoła przed osobą odpowiedzialną za ten pomysł, ale w 2016 roku wykorzystanie jazzu do budowania napięcia jest więcej niż świetne. Na myśl niemalże od razu przychodzi klasyczne The Conversation Francisa Forda Coppoli. Mirosław Harniszewski w swojej roli zdaje się również dobrze czuć to, co muzycznie dzieje się poza ekranem: jego sylwetka, ruchy oraz zachowanie towarzyszących aktorów nie przeszkadzają – są po prostu na miejscu.

Szczerze mówiąc liczyłem na jakiś patetyczne, nabrzmiałe dźwięki biorąc pod uwagę, że cały czas mamy do czynienia z thrillerem oraz filmem, który został zaszufladkowany jako „psychologiczny”. Jazz jest jednak ponadczasowy i wsadzając go do kubła ze swoimi zimnymi obrazami Pieprzyca wykonał genialne posunięcie. Temat muzyczny co prawda momentami się zmienia, jednak jedno, sprawdzone tempo daje temu filmowi niesamowitego kopa.

Nie męcząc sztucznością…

Aktorów. W przypadku wielu polskich produkcji na pewno mieliście uczucie oglądania czegoś nienaturalnego, plastikowego. W „Jestem mordercą” tego nie ma – no, może przewija się przez jedną scenę, w której film traci nieco na szaleńczym tempie rozwoju wypadków. Te kilka minut można mu jednak wybaczyć. Na pewno na uznanie zasługuje Harniszewski i jego kompan, Michał Żurawski. Temu ostatniemu udało się przemycić sporą dawkę regionalizmów i humoru w niekoniecznie odpowiednich do tego momentach.

jestem-morderca-recenzja-filmu-3

I zostawiając z myślami po seansie

„Jestem mordercą”, to tak naprawdę historia uniwersalna, którą można wypełnić po swojemu. Piotr Adamczyk w rozmowie z Legalną Kulturą wspomniał, że film dotyka różnych części ludzkiej podświadomości i uczuć – i ma rację. Niepokój, strach, współczucie, utożsamienie się z bohaterami: to wszystko tutaj jest i im dalej w film, tym bardziej nie chce się od nas odczepić.

Film Macieja Pieprzycy zostawia po seansie salę cichą, jak makiem zasiał. To jednak nie wokół będziemy słyszeć głosy, a we własnej głowie. Czy sukces, pieniądze, dobrobyt i władza są warte ciężkiego sumienia i problemu z tym, aby spojrzeć w lustro?

Na to musicie odpowiedzieć sobie już sami po niemalże półtorej godziny seansu. Zdecydowanie warto wybrać się do kina.